sobota, 20 stycznia 2018

Sernik bez zdjec.

No chcialam, uwierzcie mi, chcialam opoznic zamieszczenie przepisu na moj fenomenalny sernik, do czasu upieczenia nowego, bo uznalam, ze bez zdjec to zaden przepis. Zostalam rugnieta, ze najpierw narobie apetytu, a potem kombinuje z wymowkami zdjeciowymi. No nie moge zostawic Marii Agdaleny w stanie nerwowego slinotoku, bo byloby to po prostu nieludzkie.
Zamiast sernika bedzie zatem tylko Miecka.

A oto przepis.
200g cukru
1kg tlustego bialego sera, moze byc twarozek   homogenizowany czy cus w ten desen
5 jajek
50g maki
50g masla
cukier waniliowy
dla amatorow bakalie, ale moze byc bez

Ubijamy na puszysto cale jajka z cukrem i cukrem waniliowym, a potem dodajemy twarog, make i roztopione (ostudzone!) maslo. Na koniec bakalie. Ciasto jest dosc rzadkie, przelewamy do natluszczonej formy i pieczemy ca´godzine w temperaturze 180°. Mozna po wystygnieciu udekorowac polewa czekoladowa.

I to wszystko, zycze Wam dobrego apetytu.





piątek, 19 stycznia 2018

Wszystkiego po trochu.

Jak kazdego roku w styczniu, dzial podatkow za psy przyslal nam nowy numerek dla Toyki. Co roku jest w innym kolorze i ksztalcie, ubiegloroczny jest podluzny czerwony, tegoroczny okragly zolty, a w poprzednich latach bywaly trojkatne, kwadratowe, osmiokatne, fioletowe, zielone. Ma byc od razu z daleka widoczny, zeby nie bylo pomylek i kantow. Kazdy pies ma obowiazek nosic go przy obrozy, zeby w razie czego policja albo pracownicy wydzialu porzadkowego mogli na pierwszy rzut oka ocenic, czy pies jest zarejestrowany. Zdarzylo mi sie raz, ze Kira zgubila numerek i z otrzymaniem duplikatu byly cale korowody, musialam pisac oswiadczenia, o malo co przysiegac, ze naprawde zginal. To jest jak dowod osobisty czy tablice rejestracyjne - przedmiot scislego zarachowania, dokument tozsamosci psa. Taki numerek kosztuje 120 euro rocznie.
Pogoda nadal w kratke, naprzemiennie deszcz z wiatrem i przeblyski slonca i mimo dodatniej temperatury, czlowiek odczuwa, jakby byl nie wiem jaki mroz. Wilgoc i wiatr robia swoje.
Pracom u corki nie widac konca, choc pozostaly wlasciwie tylko drobiazgi, kosmetyka, bo najgorsze i najciezsze roboty zostaly juz zalatwione. Ten jej chlop to jakies niewydarzone nieszczescie, ma toto chyba protezy zamiast rak i jak juz sie do czegos zabierze, to musi schrzanic. A moje dziecko nie chce sie po proznicy denerwowac, wiec "papa pomoz" i papa jezdzi i pomaga. Chyba wystawie jej za to rachunek, ze mi slubnego wciaz u siebie trzyma.





czwartek, 18 stycznia 2018

Hardkor i survival w jednym.

Rodzice zawsze mi powtarzali, nie chwal dnia przed zachodem slonca. Ale kto by tam zwracal uwage na marudzenie wapniakow, co nie? Nie dalej jak wczoraj cieszylam sie z nadejscia wiosny, a tu ZONK!
Zaczelo sie we wtorek poznym wieczorem (21.30), kiedy corka zadzwonila do mnie, ze wnusia placze, smarka i trzyma sie za uszko, wyglada na to, ze ja boli, ale nie ma goraczki. Co robic? Do wyboru byla jazda do szpitala na dyzur pediatryczny, ale poradzilam corce najpierw tam zadzwonic, podac objawy i spytac, czy mamy przyjechac. Lekarka podala przez telefon, jakie leki kupic i nie kazala przyjezdzac.
Slubny polozyl sie wczesniej, wiec padlo na mnie. Najpierw przekopalysmy internety w poszukiwaniu dyzurnej apteki i wciaz wyskakiwala nam jako najblizsza apteka w Bovenden, poza Getynga. Wprawdzie nie tak daleko, ale jednak poza miastem. No niemozliwe! Zeby nie bylo jednej dyzurnej apteki w ponad 100-tysiecznym miescie? Corka skads wytrzasnela, ze jest, niedaleko szpitala, w ktorym rodzila i przed ktorym czekalam na taksowke. No to hajda!
Wysiadam z auta i... prawie szpagat zrobilam! Slisko jak cholera, cala jezdnia i chodniki pokryte warstewka czegos na pograniczu sniegu, deszczu i lodu. A kiedy wychodzilam z domu, na naszej ulicy nic takiego nie wystepowalo. No nic, ostroznie doczlapalam do apteki, a tam gustowny szyldzik, ze jednak dyzur ma apteka w Bovenden. QRRR...!!!
Pisalam juz kiedys, ze po ciemnosci nie jezdze, bo slepa jestem. W miescie jakos tam sobie radze dzieki latarniom, ale za miasto sie nie wypuszczam. Co tu robic? Wracac? Budzic chlopa i wyslac go w droge? Strata czasu. Spielam wiec poslady i pojechalam, trzesac sie ze strachu. Szczesliwie prawie nie bylo ruchu i nikt za mna nie musial sie denerwowac, ze jade wolno. Musialam bowiem wypartywac linii, ktorej sie trzymalam jak Lazuka szyny tramwajowej w filmie Nie lubie poniedzialku. Jakims cudem dojechalam, zadne dzikie zwierze nie wylazlo mi z lasu po drodze, a pozniej jezdzilam po tej opustoszalej wiosze i szukalam apteki. Jakiego trzeba miec pecha, ze kiedy leki byly potrzebne, dyzur miala akurat apteka poza miastem.
Do corki dobrnelam z tymi lekami, na galaretowatych nogach dobrze po 23.00, a po powrocie do domu zaraz polozylam sie spac.
Ja ci w srode wstaje, a za oknem ciezka sniezyca, blyskawice, pieruny i armagiedon. Ale temperatura lekko dodatnia, wiec nie uznalam za stosowne sie zdenerwowac. I to byl moj blad! Przy kawie wyczytalam w internetach, ze wokol miasta i na jego terenie dzieja sie straszne rzeczy. Duzo stluczek, poblokowana autobana, a miejskie autobusy nie obsluguja tras na gorkach, wszedzie korki i zeby uwazac. No pieknie! Kiedy wypelzlam z domu odsniezac i grzac samochod, znow o malo orla nie wywinelam - slisko! Juz troche zaczelam sie bac, ale odpalilam tryb sniezny w aucie i powoli ruszylam. Wszyscy jechali tak 30-40 kmh, wiec nikt mnie nie musial otrabic, ze za wolno jade.
W pewnej chwili widze tuz przed skrzyzowaniem stojacy pod gorke autobus przegubowy, blokujacy caly pas ruchu i w pelni zaslaniajacy ten z przeciwka. I teraz nie wiem, czy go wymijac, bo jak z gorki bedzie cos jechalo, to wyhamuje na mnie. Jakos sie jednak udalo wyminac zawalidroge. Pozniej doczytalam, ze wiele autobusow utknelo gdzies w trasie, nie mogac pokonac pochylosci, musialy czekac na sluzby miejskie.
Rzadkie to zjawisko w Niemczech, ale tym razem zima wszystkich zaskoczyla, bo choc solarki jezdzily od momentu, kiedy wstalam, nie daly rady uporac sie ze wszystkimi trasami. Ciekawe, ilu ludzi nie dojechalo do pracy, szczegolnie tych spoza Getyngi, bo drogi dojazdowe tez byly poblokowane autami po poslizgach.
Przez taki jeden dzien bede z pewnoscia zyla krocej.
A na dzisiaj zapowiadaja dodatkowo jakis straszliwy orkan. Jakbym za malo miala atrakcji w zyciu.





środa, 17 stycznia 2018

Jak wiosny w styczniu szukalim.

W sobote 13 stycznia wyprawilam mezu mojemu zalegle urodziny, wprawdzie dwa tygodnie po terminie, ale podobno lepiej pozno niz wcale. Do tego czasu prawie codziennie byl u corki na panszczyznie, wciaz cos dlubal, montowal, skrecal, ulepszal, borowal i tyral. W koncu jednak pokazalo sie swiatelko w tunelu i wreszcie moglismy powiadomic odwolanych gosci, ze urodziny sie odbeda. Upieklam na te okolicznosc sernik, a nawet dwa. Jeden z bakaliami, drugi bez, bo niektorzy strasznie marudza, muszac wydlubywac rodzynki i inne skorki pomaranczowe. No to zeby im zaoszczedzic tej dlubaniny, a sobie sluchania tej samej spiewki, od razu zrobilam dwa. Nawet z tego powodu nie poszlismy do psiej szkoly, choc wlasnie skonczyla sie przerwa swiateczna.
W niedziele od rana mialam doskonaly humor, bo niebo kusilo blekitem, a slonce kokieteryjnie przyswiecalo i zupelnie nie przeszkadzal mi lekki przymrozek i dosc silny wiater, po prostu ubralam sie cieplej i pomknelismy z psami na memlon natury. Po poludniu bylismy umowieni z corka na oddanie jej Placzka, wiec pomyslalam, ze niech jeszcze ma od bapci porzadny spacer.
Tak zupelnie przy okazji rozgladalam sie, czy aby gdzies nie widac pierwszych zwiastunow wiosny, ale najpierw natykalam sie jedynie na zeszloroczne badylki, ktore w sloncu nabraly nowej urody.







Jednak w koncu cos znalazlam!





No, mysle, ze natura az tak nie moze sie mylic i gdyby zima miala jeszcze jakos szczegolnie uderzyc, nie szykowalaby sie ona pelna para do wiosny. To daje mi nadzieje.
Inwentarz wybiegal sie do wypeku, wyszalal, a niektorzy moczyli nawet nuszki.













Centrum logistyczne rozbudowuje sie w zastraszajacym tempie, niedlugo pewnie stracimy te tereny spacerowe, bo zaczna tamtedy jezdzic jakies dostawcze ciezarowki i strach bedzie psa bez smyczy puszczac.








wtorek, 16 stycznia 2018

Swiatelko do nieba.

Dzisiaj sa juz dorosli, wlasne dzieci maja,
przezyli, bo w czas przy nich zjawila sie wrozka
w czerwonych okularach, na nic nie czekajac,
sprawila, ze nie zmarli, a powstali z lozka.

Byla glosna, chrypiala, wszystkich zagrzewajac,
by w czarach pomagali, dzielac sie groszami
i w styczniowe niedziele,  wraz z orkiestra grajac,
sluzbe zdrowia wspierali drobnymi datkami.

Wrozka Jurek porywa coraz wieksze tlumy,
szpitale wyposaza w coraz lepsze sprzety,
lud portfele otwiera, plynie ofiar strumyk,
wszyscy przednio sie bawia, wzruszaja momenty,

gdy wiekszy datek wpadnie lub gdy ktos, kto nie ma,
wlasna praca pomaga lub na licytacje
wystawi swoja tworczosc. Jurek wrzeszczy SIEMA!
i prosi dobrych ludzi o wieksze dotacje.

Z roku na rok Orkiestra zbiera coraz wiecej,
dzieki niej wielu dzieciom przezyc bylo dane,
Orkiestry szczytne cele sa warte poswiecen,
a jej organizacje coraz bardziej zgrane.

Niech swiatlo bije w niebo kolejne stulecia,
niech nikt sie nie zniecheca innych intrygami,
oni w koncu zalegna na  historii smieciach, 
a my ratujmy dzieci swoimi czynami.

Robmy swoje w to swieto, na pohybel draniom!
Radujmy sie, spiewajmy, pomagajmy z pasja,
niech swiat sie zaczerwieni od serduszek znamion,
 dbajmy o to, by nigdy swiatelko nie zgaslo. 







poniedziałek, 15 stycznia 2018

Ehhh, te psy!

Kiedy nasza najmlodsza musiala po urlopie isc do pracy, Placzek wyladowal u nas. Bralismy go z lekka obawa, bo Toyka sie go boi od czasu pierwszego spotkania, na ktorym doszlo do pyskoczynow. Wziety byl warunkowo, z zastrzezeniem, ze najmniejsze warkniecie albo nie takie zachowanie i wraca do domu. Od czasu tamtego incydentu psy spotykaly sie jedynie na terenie neutralnym. Obawy okazaly sie niepotrzebne, chyba Placzek w koncu zaakceptowal Toyke jako czlonka rodziny. Ona jest jeszcze troche ostrozna w jego poblizu, ale ogolnie jest dobrze.
Fatalnie sie zlozylo, ze najpierw Toya, a potem Placzek zlapaly jakiegos wirusa zoladkowego i praly na wyscigi. Biedny moj slubny musial wstawac w nocy, bo albo jedno, albo drugie skielczalo mu kolo lozka. I tak dobrze, ze sygnalizowaly chec wyjscia, a nie praly w domu, bo byloby gorzej.
We wtorek zabralam towarzystwo na dlugi spacer, Toya wypinala sie cos z 10 razy. Dobrze, ze chociaz duzo pija i chca jesc przygotowany leczniczo przeze mnie kleik ryzowy.
Troche migawek ze spaceru, szkoda, ze nie bylo slonca, wiec zdjecia sa takie sobie, ale chociaz nie padalo.







Spotykalismy na drodze grozne grzmije oplatajace przydrozne drzewa
Przeprawialismy sie przez tajemnicze tunele

Chowalismy przed stadami krwiozerczych obiektow latajacych







Przez chwile nawet dzieci sie poganialy


Posiedzialy tez na stole piknikowym


Tym razem panorama miasta byla bardzo zamglona, budynki byly ledwie widoczne.


Zrobilismy prawie 12 kilometrow, troche nam odnoza w tylki powrastaly.




Komedia z tymi psami, wciaz zamieniaja sie miskami i poslaniami. Toya ma dwa, jedno w sypialni, drugie w salonie. Kladziemy sie spac, Toya zasypia obok nas w sypialni, Placzek spi sam w duzym pokoju. Budzimy sie, a obok lozka cos straszliwie chrapie, a to Placzek spi obok nas, a Toyka w salonie. Jak one sie dogadaly, zeby sie zamienic? Jedzenie kazde dostaje we wlasnej misce, ale po zjedzeniu oba ida sprawdzac, co bylo w misce tego drugiego. Moze mial lepsze?
Wszystko dobre, co sie dobrze konczy, Placzek tez w koncu musi wrocic do domu, dosyc laby, pora na obowiazki.